slogan
Tym dzieciom pomaga przytulenie

Kiedy w ciąży okazuje się, że Twoje dziecko jest chore, być może śmiertelnie, pojawia się przerażenie, bunt, niezgoda na to co ma się wydarzyć, szukanie przyczyn, winy, ratunku. Ale to było zawarte w umowie ze światem – nie ma pewności, że wszystko będzie wspaniale ani nawet w miarę dobrze.

„Nowo poczęte dziecko z wadą nie jest przedmiotem. Jest żywą, czującą istotą, najważniejszą na świecie dla rodziców i jednocześnie tak trudną do przyjęcia” – czytamy na stronie Fundacji Gajusz. Jej założycielka, Tisa Żawrocka-Kwiatkowska oddaje serce dzieciom samotnym i nieuleczalnie chorym. Prywatnie jest mamą czwórki dzieci.

Na czym polega praca Fundacji? „Jesteśmy organizacją pozarządową. Prowadzimy trzy hospicja dla nieuleczalnie chorych dzieci: Domowe, dzięki któremu dzieci mimo wszystko mogą mieszkać z rodzicami. Stacjonarne, czyli prawdziwy Pałac, w którym mali pacjenci znajdują swój dom. Perinatalne, kiedy informacja o chorobie pojawia się, gdy maluch jest w brzuchu mamy oraz Ośrodek Preadopcyjny Tuli Luli, w którym tulimy i lulamy dzidziusie, tak jak w prawdziwym domu”.

Tisa Żawrocka-Kwiatkowska i kilkudziesięciu jej współpracowników każdego dnia udowadniają, że bliskość, przytulenie i ciepło drugiej osoby może zdziałać namacalne cuda w życiu terminalnie chorych dzieci, dla których lekarze nie widzą większych szans. Choćby historia Piętaszka, pierwszego mieszkańca łódzkiego Pałacu: półroczne maleństwo cierpi na dysplazję oskrzelowo-płucną, urodziło się jako wcześniak (w piątym miesiącu ciąży). Jego mamę źle zdiagnozowano – nikt nie zorientował się, że jest w ciąży, sugerowano, że ma zapalenie pęcherza. Kiedy prawda wyszła na jaw, trzeba było szybko wykonać cesarkę – dziecko urodziło się w bardzo złym stanie, lekarze nie dawali mu szans na przeżycie – „w najlepszym wypadku będzie roślinką” - powiedzieli.

Pani Tisa zastała dziecko w izolatce w Matce Polce – niemowlę bez kontaktu, zobojętniałe i postanowiła zabrać. W jej biurze nosili je w ramionach, przytulali, podawali sobie z rąk do rąk. Po kilku tygodniach, wbrew najgorszym przewidywaniom lekarzy, chłopczyk stał się „normalnym dzieckiem”: wyciągał rączki, bawił się, interesował światem. Dochodził do siebie, a pomogło tulenie – magiczna moc dotyku. Pani Tisa tę moc znała, bo sama przeszła w życiu przez etap umierania własnego synka: kiedy walczyli z jego ciężką chorobą, z której udało się szczęśliwie wyjść, zapadła decyzja: „będę pomagać umierającym dzieciom”.

Za każdym z pacjentów Pałacu stoi inna historia – pochodzą ze skrajnie biednych domów, z rodzin, w których była przemoc i problemy alkoholowe. Łączy je samotność i ciężka choroba – podopieczni fundacji Gajusz to dzieci terminalnie chore. Celem organizacji było stworzyć miejsce będące połączeniem szpitala i zawodowej rodziny. W Pałacu pracuje kilkadziesiąt osób – jak mówi pani Tisa: nie zastępują dzieciom rodziny, bo to niemożliwe, ale stwarzają więzy. Bo bliskość i ciepło działają kojąco.

Większość podopiecznych Fundacji zmaga się z chorobami neurologicznymi, kardiologicznymi, genetycznymi. Hospicjum perinatalne to także sposób opieki nad rodziną: oferuje pomoc specjalistów (psychologów, ginekologów, specjalistów od opieki paliatywnej), którzy z szacunkiem i zrozumieniem pomogą rodzicom przejść przez narodziny i śmierć ich dziecka. Fundacja pomaga też wybrać szpital, w którym na ile to możliwe, poród będzie wyglądał tak, jak rodzina by tego chciała.

Judyta Kokoszkiewicz

baner02.jpg